środa, 21 marca 2012

Janek Samołyk - wywiad

No, to kolejny mój wywiad przed Wami. Tym razem wypytałem Janka Samołyka, młodego wrocławskiego piosenkarza :) Wywiad również na portalu > Zakochany Wrocław < :)


Grzegorz Kociuba: Jesteś z Wrocławia, tutaj się urodziłeś. Co w tym mieście podoba Ci się
najbardziej? Czy jest coś, co cię denerwuje?


Jan Samołyk: Jest rzecz, która mi się we Wrocławiu podobała, a której jest teraz coraz mniej. Kiedyś
we Wrocławiu było bardzo dużo wolnej przestrzeni. Teraz niestety to wszystko się zabudowuje.
Bardzo lubię Śródmieście, Nadodrze. 

GK: Czy według Ciebie Wrocław jest dobrym miejscem dla młodego artysty? Można się tutaj
wybić?


JS: Trudno mi powiedzieć jeśli chodzi o inne dziedziny sztuki, ale w przypadku muzyki nie jest to
łatwe. Ne ma tutaj czegoś takiego jak wrocławska scena muzyczna, nie ma publiczności, która
regularnie chodzi na koncerty. Są oczywiście fajne zespoły, ale to są tak jakby byty zatomizowane. 
Porównując Wrocław z Trójmiastem, Warszawą, do niedawna z Poznaniem, to mniej się tutaj dzieje.

GK: Jak Ci się gra we Wrocławiu? Czy w związku z tym, że jest to Twoje rodzinne miasto odczuwasz większy stres na występach?

JS: Nie. Na pewno jest inaczej z tego względu, że przychodzą znajomi i dla nich ten koncert jest okazją do towarzyskiego spotkania się zarówno z muzykami, jak i z innymi ludźmi, którzy od dawna chodzą na nasze koncerty. Muzyka jest tylko jednym z wielu powodów, dla których przychodzą na to wydarzenie.

GK: Czy wyobrażasz sobie siebie w innym mieście?

JS: Pewnie że tak, nie mam z tym żadnego problemu. Ale jest mi we Wrocławiu dobrze i nie planuję
się stąd na razie ruszać. Studiowałem w Krakowie, często bywam na Śląsku, więc z przeprowadzką nie miałbym problemu. Natomiast nie chciałbym przenieść się do Warszawy.

GK: Jakie są Twoje muzyczne inspiracje?

JS: Jeśli chodzi o takie wzorowanie się, to zdarza się to w przypadku poszczególnych utworów,
gdy chciałbym aby coś brzmiało jak jakiś konkretny zespół. Bardzo dużo w mojej twórczości
można usłyszeć nawiązań do brytyjskiego rocka, bo to jest muzyka której słucham od dzieciństwa,
od Beatlesów, po punk, Sex Pistols czy brit-pop, który był bardzo popularny kiedy dorastałem.
Z Polskiej muzyki lubię Republikę, Grechutę czy Grzegorza Turnaua. Słucham też Kuby
Sienkiewicza, szczególnie pierwszej płyty Elektrycznych Gitar. Oprócz tego interesuję mnie co robią
polskie zespoły alternatywne, które mniej więcej w tym samym czasie co ja zaczynały swoją przygodę z muzyką.

GK: Czy jest ktoś, z kim chciałbyś kiedyś nagrać utwór lub wystąpić na jednej scenie?

JS: Bardzo chciałem żeby na pierwszej płycie, w piosence In the name of progression zaśpiewali
Michał Skrzydło i Monika Mendak z Iowa Super Soccer. Prawie to doszło do skutku, niestety w ostatniej chwili plan się posypał. Nie wiem czy to się kiedyś uda czy nie, ale fajnie byłoby z nimi coś nagrać. Natomiast we Wrocławiu miałem okazję współpracować z Piotrem Załęskim z Hurtu i Dust Blow. To była fantastyczna przygoda, graliśmy koncert w hołdzie dla zespołu The Go-Betweens z Australii. Ja tam śpiewałem, Załęs grał na gitarze, graliśmy utwory tego zespołu w naszych własnych wersjach. Było fantastycznie, chciałbym kiedyś z nim coś jeszcze zrobić.

GK: Śpiewasz po polsku i po angielsku, niektórzy Cię za to krytykują. Skąd pomysł na taką
mieszankę?


JS: Po prostu piszę piosenki po polsku i po angielsku, to nie był jakiś zamierzony plan artystyczny.
Pisanie piosenek u mnie zawsze zaczyna się od jakiegoś takiego śpiewnego fragmentu melodii i
tekstu. Jeśli wychodzi to po polsku, to wtedy staram się to kontynuować w tym języku, jeśli zaczyna
mi wychodzić po angielsku, to też już tego raczej nie zmieniam. Staram się jednak pisać
częściej w naszym rodzimym języku, bo utwory polskie zdecydowanie lepiej trafiają do publiczności.

GK: A Ty sam lepiej czujesz się śpiewając po angielsku czy po polsku?

JS: Dla mnie to bez różnicy, ale faktycznie prościej mi się pisze po angielsku. W tym języku jest dużo
krótkich fajnych słów, bardzo dużo rzeczy się rymuje i prościej jest mi później dopasować tekst do
melodii.

GK: Do Twojego zespołu dołączyli ostatnio nowi muzycy, Agnieszka Bednarz i Mateusz Brzostowski. Aga śpiewa i gra na skrzypcach. Jak to wpłynie na aranżację starych utworów?

JS: Jeśli chodzi o stare piosenki to niewiele się zmieniło, natomiast wpływa to zdecydowanie na nowe.
Na nowej płycie prawdopodobnie będzie piosenka gdzie Aga i ja zaśpiewamy razem. Mateusz gra
troszeczkę inaczej, ale nie jest to rewolucja stylistyczna. To bardzo dobry perkusista.

GK: Nad nowym albumem pracujesz już z nimi. Jak Wam się układa współpraca?

JS: Dobrze się układa. Wszystko gra :)

GK: Dużo macie nagranego materiału, czy na razie gracie tylko próby?

JS: Nagraliśmy już perkusję w Studiu S4. Realizował Leszek Kamiński - fantastyczna przygoda! Od początku kwietnia ciśniemy dalej!

GK: Czego możemy spodziewać się po nowej płycie? Czy będzie to kontynuacja tego, co mogliśmy usłyszeć na Twojej debiutanckiej płycie, czy będzie to coś zupełnie nowego?

JS: Będzie to płyta zdecydowanie bardziej zespołowa. Pierwszą płytę nagrałem w dużej mierze
samemu, tylko na perkusji grał ze mną Adam Buczma. Resztę instrumentów nagrałem sam, korzystając z dobrodziejstw techniki. Teraz jest tak, że nagram płytę wspólnie z zespołem, z którym
występuję na koncertach. Będzie to przede wszystkim brzmieć jak zespół, który gra na żywo.

GK: To kiedy możemy spodziewać się nowego albumu? I czy Polskie Radio również będzie jego wydawcą?

JS: Myślę, że pod koniec roku. Wydawcą będzie Polskie Radio. Jesteśmy już po słowie.

GK: A jak Ci się do tej pory współpracowało z Polskim Radiem?

JS: Moja pierwsza płyta była nagrywana zanim znalazł się jej wydawca. Była gotowym produktem,
została zaakceptowana w całości. Nie miałem z nimi żadnych problemów, nie było żadnej ingerencji
artystycznej z ich strony. Żałuję, że nie było środków na promocje albumu.

GK: Ostatnio masz swoje 5 minut. Pojawiasz się w mediach, grają Cię w ogólnopolskich radiach. Jak podchodzisz do tej rosnącej popularności?

JS: Tak szczerze, to nie spotykam się z nią, więc nie muszę do niej podchodzić. Niedawno przeżyłem
apogeum popularności, a było to tak, że jechałem dwa razy pociągiem dzień po dniu i dwa razy zostałem rozpoznany przez osobę z przedziału. Ta pierwsza osoba miała łatwo ponieważ w gazecie było moje zdjęcie przy zapowiedzi koncertu i zapytała: „Czy pan, to pan?”. Jak mnie ktoś rozpozna
to jest to bardzo miła niespodzianka. A gdy ktoś mnie czasem zaczepi i porozmawia, to jest to zawsze bardzo miłe.

GK: Ostatnio zagrałeś trasę w Chinach z zespołem Iowa Super Soccer. Skąd wziął się pomysł na taką wycieczkę?

JS: Nie zastanawialiśmy się nad tym, po prostu dostaliśmy propozycję. Iowa Super Soccer była w
Chinach wcześniej, a teraz pojawiła się możliwość zagrania razem. Tak naprawdę to ja dołączyłem
do nich, a oni dołączyli do mnie. W piosenkach Iowy byłem gitarzystą, a w moich reszta grała ze mną.
Podzieliliśmy repertuar pół na pół. Wspominałem, że oni byli tam wcześniej, i teraz to też
oni najpierw dostali zaproszenie, ale pojawiła się możliwość poszerzenia składu. Michał Skrzydło wysłał tam moje piosenki, okazało się że są w porządku i zaproszenie obejmuje również mnie. To była jedna z najfajniejszych przygód związanych z muzyką jakie miałem.

GK: Zagraliście tam 4 koncerty, jak wrażenia? Jak odebrała Was tamtejsza publiczność?

JS: Bardzo pozytywnie, tam ludzie bardzo pozytywnie podchodzą do Europejczyków, do Amerykanów,
a także do kobiet z Europy. Mieliśmy w składzie dwie dziewczyny, Age Bednarz właśnie i Kaśkę
Włosek i ich europejska uroda wzbudziła szał :)

GK: A jak wygląda organizacja koncertów w Chinach? Podobnie jak u nas czy jest zupełnie inaczej?


JS: Tam wszystko wygląda nieco inaczej, pod niektórymi względami jest tysiąc razy bardziej
profesjonalnie, a w niektórych sprawach panuje amatorszczyzna. Niczego nie da się przewidzieć.
Ale w naszym przypadku wszystkie koncerty poszły sprawnie, fajnie się grało, ludzie faktycznie na te
koncerty przyszli. Ostatni koncert w Ningbo graliśmy w takim ogromnym teatrze, przyszło 800 osób, a
byliśmy jedynym zespołem jaki tam tego wieczoru występował. W Polsce jeszcze mi się nie zdarzyło grać dla takiej publiczności.

GK: Tak na koniec, kiedy będziemy mogli zobaczyć Cię we Wrocławiu?

JS: Na razie jeszcze nie wiem kiedy będę mógł tutaj zagrać ale myślę że nie później niż w przeciągu
kilku miesięcy. Na pewno dużo wcześniej zanim wyjdzie płyta. Oprócz starych utworów zagram
wówczas również nowe piosenki. Stąd jesteśmy, nowy skład już działa i zależy nam na tym, aby się
pokazać przez publicznością, która nas zna.

GK: Dziękuję za wywiad.

JS: Również dziękuję.

wtorek, 13 marca 2012

Selah Sue - 08.03.2012, Eter, Wrocław

Relacja z koncertu również na portalu -> zakochanywroclaw.com <- :) Zapraszam do zwiedzania :) A teraz do rzeczy:

Sanne Putsays, coraz popularniejsza w naszym kraju belgijska piosenkarka znana jako Selah Sue, po raz pierwszy w zeszłym tygodniu odwiedziła Polskę z dwoma występami. Trzeci koncert jeszcze przed nami, w Szczecinie. Wielkie szczęście gościć ją miały do tej pory dwa miasta, Warszawa oraz nasz Wrocław.

22-letnia belgijka wystąpiła we wrocławskim Eterze na koncercie z serii City Sounds organizowanym przez Wrockfest. Klub ten nie jest mały i może pomieścić ponad 2 tysiące słuchaczy, ale nie przeszkodziło to w wyprzedaniu biletów na ponad trzy tygodnie przed występem.  Każdy, kto chociażby chwilę zwlekał z nabyciem biletów, musiał obejść się ze smakiem i teraz ma czego żałować. Po raz kolejny Eter pękał w szwach, a zgromadzona publiczność obejrzała znakomity popis młodej artystki.

Selah wyszła na scenę kilkanaście minut po godzinie 19 i od razu zaczęła od mocnego, zaskakującego kopa. Każdy, kto zna Adele, wie, jaki ma głos i jak ciężko jest innym wykonywać jej piosenki, a Sanne jak gdyby nigdy nic odśpiewała Daydreamer z repertuaru Brytyjki. I to acapella! Przy akompaniamencie tylko gitary usłyszeliśmy jeszcze kilka innych utworów, takich jak Mommy czy Fyah, Fyah.Tę ostatnią piosenkę Selah wykonała za sugestią zgromadzonych fanów, gdyż sama zapytała, co ma zagrać jako kolejną solówkę. W całej reszcie koncertu artystce towarzyszył zespół, z którym wykonała swoje największe hity: This World, Crazy Vibes, Raggamuffin czyPlease.  Z debiutanckiego albumu Selah zabrakło tak naprawdę tylko jednego utworu, Explanations, czym zasmuciła z pewnością pewną część publiki. Na koniec koncertu, jako drugi bis, usłyszeliśmy kolejną niespodziankę. Był to zupełnie nowy utwór i całkowicie nowa Selah. Dubstep przemieszany z hip hopem zaskoczył, ale i zelektryzował wszystkich.

Koncert, jak to bywa w przypadku gwiazd z Zachodu, nie był zbyt długi. Trwał około 1 godziny i 20 minut, ale z pewnością nikt nie może żałować, że w Dniu Kobiet znalazł się w Eterze na występie Selah Sue. Na żywo Belgijka brzmi jeszcze lepiej niż w studio, dopiero tak czuć wielką siłę jej głosu. Występ przepełniony był różnymi emocjami, od wyciszenia przy utworach spokojnych po wielkie szaleństwo przy kawałkach szybkich i energetycznych. Sama piosenkarka na scenie czuła się jak ryba w wodzie, jej entuzjazm przelewał się na wszystkich, a animuszu dodawał jej zespół, który żył występem razem z nią.
Podsumowując, w czwartkowy wieczór zadowoleni musieli być wszyscy, od organizatorów przez publiczność po samych muzyków. Selah była wyraźnie zaskoczona faktem,  że jest w Polsce pierwszy raz, gra ledwie drugi koncert, a i tak wszyscy znają jej muzykę. Oby te pozytywne wspomnienia zostały w niej na długo, bo we Wrocławiu już nie możemy doczekać się kolejnego jej występu :)

środa, 7 marca 2012

Maciek Kurowicki w nowym projekcie - LUBIĘ TO - Śniła mi się łąka

Muszę przyznać, że niemała to była dla mnie niespodzianka. Dzisiaj na facebooku Maciek Kurowicki udostępnił publiczności swoje nowe dzieło, ale nie jest to piosenka Hurtu! Śniła mi się łaka to utwór formacji LUBIĘ TO. Jest to nowy muzyczny projekt Maćka, który stworzył wraz z Piotrem Stanclikiem, znanym chociażby ze Stage of Unity. Gościnnie ze śpiewem w nagraniu wystąpiła Marta Malikowska.

Piosenka sama w sobie ma bardzo prosty i czytelny przekaz, ale w tym miejscu jednak muszę pochwalić ubranko muzyczne. Tak wkręcającego bitu to ja nie słyszałem dawno. Bardzo fajna gitara, do tego elektroniczne wstawki tworzą ciekawą mieszankę. Oprócz tego chórki w wykonaniu Marty świetnie dopełniają całości. Posłuchajcie sami :)




poniedziałek, 5 marca 2012

W małych miastach też potrafią...

W małych miastach też potrafią śpiewać. I to jak! A jak ktoś potrafi zcoverować utwór tak, że jest lepszy niż oryginał to dla mnie jest to mistrzostwo. Jakiś czas temu w internecie natknąłem się na Weronikę Ubranowicz. Ta pochodząca z Obornik Śląskich młoda wokalistka podpisała ostatnio kontrakt z wytwórnią płytową RW-Records z Trzebnicy. Jak do tej pory reklamuje się w internecie między innymi coverem piosenki Jessie J - Price Tag.

Mówcie co chcecie, ale dla mnie to wykonanie brzmi lepiej niż oryginał. Zapraszam :)



A na koniec dodam jeszcze tylko jedną małą rzecz. Mam nadzieję, że w RW-Records wiedzą co robią i odpowiednio Weroniką pokierują. Oprócz talentu ważny jest też mądry i przemyślany repertuar. Można mieć mega głos, ale wszystko zaprzepaścić tekstami o niczym. Tego Weronice nie życzę. Za to samych sukcesów, już tak :)

sobota, 25 lutego 2012

Strachy na Lachy, NCPP, Opole – 24.02.2012



Pierwsze koty za płoty, czyli Strachy Na Lachy ruszyły w trasę w nowym roku. Jak to w przypadku pierwszych koncertów bywa, zarówno muzycy jak i publiczność mogą mieć wątpliwości jak będzie. Czy po długiej przerwie będą zgrani? Jak wypadną nowe, zapowiadane wcześniej, kawałki? Jeśli ktoś miał owe zastrzeżenia, to po piątkowym koncercie w Narodowym Centrum Polskiej Piosenki, śmiało może je cisnąć w kąt. Strachy wróciły, i mają się nad wyraz dobrze.

Koncert planowany na 20stą rozpoczął się z kilkuminutowym opóźnieniem,  Panowie zaczekali aż wszyscy zainteresowani znajdą się na sali. Przeszło 22 piosenkowa setlista rozpoczęła się od Dzień dobry, kocham cię. Kawałek zazwyczaj grany przez zespół w środku lub na końcu tym razem znakomicie rozbujał zgromadzoną publiczność. Zaraz po tym poleciały Marmur, Twoje oczy oraz  Mokotów i zabawa zaczęła się na całego. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że dawno na koncercie Strachów nie widziałem tak żywiołowo reagującej publiczności. Być może spowodowane to było tym, że Grabaż i spółka niezbyt często w Opolu bywają. Życzę zespołowi, aby było tak na całej trasie.

W dalszej części występu usłyszeliśmy kilkanaście piosenek, które były takim małym przeglądem twórczości Strachów z ostatniej dekady. Nie zabrakło Dygotów, Krwi z szafy, Listu do Che czy też Czarnego chleba.   Nie często mieliśmy okazję odsapnąć, ze spokojniejszych utworów usłyszeliśmy Dziewczynę o chłopięcych sutkach i Cafe Sztok. Na koniec oczywiście stały punkt programu, czyli Piła Tango, którą to z Grabażem śpiewał chyba cały klub.

Koncert ten był wyjątkowy również z innego powodu, bowiem premierowo zespół zagrał aż 4 nowe kawałki.  Jak zapowiedział Grabaż, w „innych miejscach nie będzie aż tak dobrze”. Tytułu pierwszego utworu niestety nie zapamiętałem, za to kolejne zapadają w pamięć głęboko już teraz. I tak Rumieniec, opowieść o osobistych katastrofach, zarówno tekstowo jak i muzycznie prezentuje się znakomicie. Dwa kolejne, to już nowa jakość Strachów, bo tak Panowie jeszcze nie grali. Jesteście gorsi, bo tak nazywa się jeden z premierowych utworów, uznałem za materiał na hit. W jak wielkim błędzie byłem przekonałem się na bisach, gdy zespół zaprezentował Bloody Poland. Bez żadnych wątpliwości stwierdzam wszem i wobec, że to już teraz, w tym momencie jest przebój. Brak mi słów, bo to jest po prostu petarda, a refren z „Czy już posypałeś swój łeb popiołem?!?” miażdży.

Szczerze muszę przyznać, że na imprezie muzycznej w Opolu byłem pierwszy raz. Nie znałem więc możliwości tego miasta, zaplecza koncertowego ani samego Opola. Jak się okazało, NCPP to miejsce do grania całkiem przyjemne. Ani nie za duże, ani za małe, knajpka zaraz obok Sali koncertowej gdzie można zarówno coś zjeść jak i wypić. Akustyka w tym miejscu również okazała się nie zgorszą. Wszędzie wszystko było słychać na poziomie więcej niż zadowalającym. Jedyny minus, to chyba zbyt nisko umieszczona scena, przez co z dalszych rzędów niezbyt dobrze widać, co się na niej dzieje. 

Podsumowując, w Opolu warto było być. Mimo początku trasy, Strachy są w świetnej formie, a nowe utwory wpadają w ucho i gniotą słuchacza z miejsca. Bardzo fajna atmosfera, dobry kontakt zespołu z publicznością, ciekawe miejsce to przepis na świetny koncert.  

I „nie ma o czym więcej gadać” :) 

środa, 22 lutego 2012

Objawienie - Julia Marcell

Tak właściwie nie wiem od czego zacząć, bo mi jest po prostu głupio. Wstyd mi wielce, bo dopiero teraz odkryłem panią, którą powinienem był znać już dawno temu. Kojarzyłem Jej pseudonim, coś mi gdzieś tam świtało, ale nie znałem twórczości poza jedną chyba piosenką (i to słabo).

No więc wchodzę sobie dzisiaj na stronę Openera, a tam wśród wykonawców widnieje Julia Marcell. Pomyślałem, że to jakaś gruba ryba musi być, bo jak do tej pory organizatorzy podali do wiadomości tylko kilku artystów, którzy wystąpią w tym roku w Gdyni (i to takich konkretnych). Odpaliłem więc youtube'a, przeglądam i stwierdzam: no to jest petarda jakich mało! Zapętliłem kilka utworów, a drugie poleciało "Echo". I w tym momencie zdębiałem. Słyszę śpiew po polsku. Ale jak? Skąd? Światowa gwiazda z Polski? Nie może być. W ruch poszła wikipedia i przeżyłem szok. Julia Marcell pochodzi z Polski, naszego Olsztyna!

Panie i Panowie, przed Wami Julia Marcell, czyli Julia Górniewicz, wokalistka, skrzypaczka, pianistka i kompozytorka. Chylę czoła przed jej talentem. Zakochałem się w jej twórczości na amen. I Wam życzę tego samego :)

Matrioszka


Echo


piątek, 17 lutego 2012

Hey - 12.02.2012 - Eter, Wrocław

Relacja również tutaj, na Zakochanym Wrocławiu: >> KLIK << :))
Niewiele jest w Polsce  zespołów, które potrafią wyprzedać niemal każdy koncert do ostatniego biletu. Muzycy z grupy Hey nie mają z tym jednak żadnego problemu. W zeszłą niedzielę, 12 lutego, wrocławski klub Eter również wypełnił się po brzegi, a zgromadzona publiczność miała okazję uczestniczyć w magicznym wydarzeniu.
Zanim jednak na scenę klubu weszła Kasia Nosowska z całą resztą, przez około 50 minut publiczność rozgrzewał zespół Tides From NebulaStyl tej warszawskiej grupy nazywany jest post-rockiem, a ich utwory charakteryzują się tym, że są stosunkowo długie. Oprócz tego, żaden z chłopaków nie śpiewa, ich muzyka pozbawiona jest wokalu.  Pomimo to profesjonalizm, zgranie i werwa, z jaką grają, budzą podziw. Z pewnością umiejętnością gry na instrumentach zawstydzili już niejednego muzyka. Swoją drogą, powoli chyba staje się małą tradycją w naszym mieście, że zespoły odwiedzające Wrocław poprzedzają występy bandów, w których nikt nie śpiewa.
Równo o godzinie 20 nadszedł długo wyczekiwany moment. Muzycy zajęli swoje miejsca i zaintonowali Fate. Jako ostatnia pojawiła się Kasia Nosowska, która tradycyjnie stanęła nieśmiało na środku…  i w tym miejscu pozostała niemal do samego końca. Ta nieśmiałość wokalistki na estradzie to zresztą jest jej znak rozpoznawczy. Nie przeszkadza Jej to jednak w niczym, a widzów, zamiast zniechęcać, dodatkowo urzeka.
Już po pierwszym utworze wiadomo było, że będzie to koncert inny niż poprzednie, które promowały ostatni album Heya. I tak podczas półtoragodzinnego występu muzycy zagrali między innymi: Umieraj stąd, Sic!, Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!, Mimo wszystko, Luli Lali, znakomity Z rejestru strasznych snów czy też Zazdrość Teksański (w starej aranżacji!). Na bis usłyszeliśmy Cisza, ja i czas, a także Nadzieję, którą wraz z Kasią odśpiewał niemal cały Eter.
Takim zestawem piosenek nikt nie mógł być zawiedziony. Hey zagrał przekrojowo, pojawiły się utwory zarówno z czasów początku zespołu, jak i ostatnie nowości. Jeśli na sali znalazł się ktoś, kto przypadkiem nie znał ich twórczości, to nie mógł trafić lepiej. Do tego oprócz znakomitej muzyki koncert był także świetnie oświetlony. Widać, że człowiek, który zajmuje się światłami na występach Heya, zna się na rzeczy. Każda piosenka to inny zestaw barw, które idealnie oddawały nastrój bijący z muzyki.
Niestety, klub Eter ma jedną poważną wadę. Mianowicie koncert w tym miejscu jest dobrze słyszalny jedynie na parkiecie pod sceną i pierwszych rzędach na balkonie. Jeżeli ktoś stał nieco bardziej z boku, z tyłu czy pod galerią, mógł mieć problemy z odróżnieniem słów wyśpiewywanych i mówionych przez Kasię ze sceny. Na plus należy zaliczyć ochronę. Panowie nie dość że spisywali się dzielnie pod barierkami, to sami zachęcali publiczność do zabawy. Nie umknęło to uwadze Kasi Nosowskiej, która długo jeszcze była pod ich wrażeniem i nie szczędziła chłopakom ciepłych słow.
Pomimo niedogodności z nagłośnieniem w  klubie, tego koncertu nie da się podsumować innym słowem, niż: genialny. Zdaje się, że Hey im jest starszy, tym lepszy. A nam nie pozostaje nic innego, jak oczekiwać na kolejne odwiedziny Kasi i kolegów we Wrocławiu.